0 0,00 zł
Koszyk
Twój koszyk jest pusty
Kontynuuj zakupy

Złowrogi cień marksizmu

Nowa kolekcja Red Is Bad – „Goodbye mr. Marx” - oburzyła lewicowo-liberalne środowiska skupione wokół GW i Newsweeka, które nie omieszkały wspomnieć o tym na swych łamach. Szczególnie zbulwersowała je kampania reklamowa i widok młodych ludzi mielących „dzieła” Marksa oraz inne żartobliwe akcenty. Tradycyjnie natychmiast zastosowano ograny lewicowy chwyt, polegający na przywołaniu obrazu Niemców palących książki w okresie rządów Hitlera i różne opinie „ekspertów”. Najnowszy pomysł RiB bardziej chyba ich zabolał niż odzież patriotyczna. Tym razem śmianie się z Marksa uznano za „czerstwe”. Pomrukiwania, postękiwania i utyskiwania redaktorów są świadectwem tego, jak i dziś niektóre kręgi są mocno przywiązane do swego ideologicznego „ojca”. Szczególnie mocno wyczuleni na wszelkie próby kwestionowania marksizmu są niektórzy intelektualiści uchodzący niekiedy za „autorytety”, a którzy tak naprawdę mało wspólnego mają z umiejętnością posługiwania się rozumem, logicznym myśleniem, obserwacją i wyciąganiem wniosków. Na ich usprawiedliwienie można powiedzieć tylko tyle, że i sam Marks miał z tym problem. Brodaty Niemiec żydowskiego pochodzenia wciąż niektórym jawi się jako filozof, socjolog, ekonomista, w każdym razie jako naukowiec i człowiek, który swymi teoriami odmienił świat. W istocie nie był żadnym z nich do końca – był świeckim „prorokiem”, który głosił kazania zamiast wykładów. Zgodzić się można tylko z tym, że owszem, odmienił świat – na gorsze. Marksizm w coraz to nowszych odmianach zatruwa wciąż społeczeństwa. Patrząc na państwa Europy zachodniej stale widzimy niszczycielski wpływ myśli marksistowskiej, która obecnie przybrała postać nadaną jej przez tzw. szkołę frankfurcką z jej „teorią krytyczną”. Związany z tym zabójczy multikulturalizm (i to dosłownie zabójczy, biorąc pod uwagę zamachy we Francji, Niemczech czy Wielkiej Brytanii) jest także efektem wprowadzonych przez Marksa schematów myślowych. Jak to się stało, że tyle lat po śmierci Marks wciąż wpływa na intelektualne sfery społeczeństw? W tekście przyjrzymy się pewnym cechom i poglądom „myśliciela z Trewiru”, skrzętnie pomijanym przez jego hagiografów – i tych z przeszłości i tych współczesnych – które spowodowały, że ideologia marksistowska jest nacechowana przemocą z jednej strony, z drugiej natomiast jawi się jako koncept „wyzwolenia człowieka” i położenia kresu „alienacji”, co zapoczątkować ma „nowy, wspaniały świat”. Tekst nie wyczerpuje oczywiście wszystkich aspektów ideologii marksistowskiej, wszak napisano o niej grube tomy, natomiast ma stanowić pewien zarys skupiający się na specyficznych cechach osobowościowych Marksa (a także i Engelsa), które miały fundamentalny wpływ na jego ogląd rzeczywistości, a co za tym idzie – na stworzenie tej śmiercionośnej ideologii.

Marks-poeta

Karol Marks urodził się 5 maja 1818 r. w Trewirze, w rodzinie średnio zamożnego Żyda, który przeszedł na protestantyzm, aby obejść ograniczenia dla Żydów w dostępie do posad urzędniczych w państwie pruskim. Młody Karol miał mały związek z żydowską kulturą i religią, które później zdecydowanie odrzucił. Zapomina się dziś, że Marks pisał wiersze. Ich analiza pozwala dostrzec pewną ciemną stronę jego osobowości, która w przyszłości zaważy na jego przemyśleniach. 23 stycznia 1841 r. berliński periodyk „Athenaeum” opublikował dwa wiersze młodego Marksa pod wspólnym tytułem „Dzikie pieśni”. Tchną one skrajnym pesymizmem, uwielbieniem zniszczenia, fascynacją rozkładem, samobójstwem, gwałtem, przemocą. Wystarczy przytoczyć próbkę jego wczesnej twórczości. W wierszu „Skrzypek” przyznaje się niemal do satanizmu: „Bóg sztuki ani nie żąda, ani nie wie, skacze do mózgu z czarnej mgły piekła. Aż urzecze serce, aż pomiesza zmysły: Z szatanem zawarłem pakt”. Stąd był tylko krok do nienawiści skierowanej w stronę Boga. W „Inwokacji zrozpaczonego” padają takie stwierdzenia: „Więc bóg ukradł mi wszystko, w przekleństwie i ruinie losu. Wszystkie jego światy zniknęły bezpowrotnie! Dla mnie nie pozostało nic oprócz zemsty”. Ludzi nazywał „małpami zimnego Boga”, a sam siebie postawił w roli tego, który będzie „miotał klątwy odwieczne na ludzkość”. Ponoć lubił cytować Mefistofelesa z „Fausta” Goethego, a zwłaszcza fragment mówiący, że „wszystko, co istnieje, zasługuje na zgubę”. Apokaliptyczne wizje wplatał do swych pism. W szkicu „Ideologia niemiecka” z lat 1845-1846 znajduje się taki oto passus: „[...] słychać melodie Marsylianki i Karmanioli, którym towarzyszy huk dział, gdy gilotyna wybija czas, a podburzone masy wrzeszczą ça ira, ça ira, wstyd powieszono na latarni”. Ta ponura i mroczna atmosfera będzie się przewijać i później, m.in. w „Manifeście Komunistycznym” oraz innych pismach. Jednocześnie pewne zdolności poetyckie pozwolą mu w przyszłości umiejętnie żonglować słowami i przy ich pomocy uwodzić ludzi. Chyba nie ma nic tak zabójczego w marksizmie i wszelkich jego pochodnych jak słowa, którym marksiści wszelkich odmian nadają nowe znaczenia. Fetyszyzm słowny Marksa jest istotą dialektyki marksistowskiej i potężną siłą, która wciąż uwodzi rzesze ludzi oczekujących prostych recept na wszystkie problemy tego świata.

Marks-Prometeusz „nowej ery”

Negatywny stosunek do wiary wciąż był obecny w pisarstwie Marksa. W rozprawie doktorskiej pt.: „Różnica między demokrytejską a epikurejską filozofią przyrody”, napisanej w latach 1840-1841 odrzucił on religię objawioną jako niezgodną z racjonalizmem. Trzeba przyznać, iż był dzieckiem swych czasów. Kontynuował oświeceniowy stosunek do wiary i życia duchowego, uznając tylko i wyłącznie „samowiedzę” człowieka. Pisze on tak: „Wyznanie Prometeusza: «Zaprawdę nienawidzę wszystkich bogów», jest […] wyznaniem wiary, […] dewizą wymierzoną przeciw wszystkim bogom niebiańskim i ziemskim, którzy samowiedzy człowieka nie uznają za bóstwo najwyższe. A poza nią nie ma bóstw innych”. Człowiek sam jest w takim ujęciu bogiem, a wszyscy bogowie – greccy, rzymscy czy w końcu Bóg chrześcijański – stanowią tylko „rzeczywiste wyobrażenie” poprzez to, iż istnieją w umysłach rzeczywistych ludzi. Był to jawny, antyteistyczny bunt Marksa, dlatego Prometeusz był dla niego „najwznioślejszym świętym i męczennikiem w kalendarzu filozoficznym”. W listach do ojca pisał, że muszą zostać powołani „nowi bogowie”, a zatem system ideologiczny, który stopniowo nabierał kształtu w umyśle Marksa, miał być nową, świecką religią. Przypominało to trochę wysiłki filozofów i encyklopedystów z XVIII w., którzy usiłowali stworzyć nową etykę, pozbawioną pierwiastków chrześcijańskich i transcendentnych. Wówczas takie próby zarzucono. Marks podjął się zadania stworzenia nowego systemu, noszącego wszelkie cechy wyznania, którego on sam miał być prorokiem. Jak pisał Paul Johnson w swej znakomitej książce „Intelektualiści”, obnażającej pychę i zadufanie oraz narcyzm tytułowej grupy społecznej, Marksa „nie interesowało […] dochodzenie do prawdy, ale jej głoszenie”. Takie cechy zapoczątkowały chorobę myśli u intelektualistów różnej maści, która trwa do dzisiaj.

Marks-antysemita?

Skąd wzięła się u Marksa niechęć czy też odraza do „kapitału”? Co doprowadziło go postrzegania bogactwa i przedsiębiorczości jako czegoś złego? Nie była to bynajmniej troska o robotników, jak chcą do dziś niektórzy utrzymywać. Odpowiedzi znów trzeba poszukać w latach młodzieńczych przyszłego „wyzwoliciela” proletariatu. Otóż młody Karol zupełnie nie potrafił zarządzać swymi pieniędzmi. Wydawał pieniądze bezmyślnie, musiał dużo pożyczać. Wpędziło go to w długi, a z czasem i w ręce lichwiarzy. Często prosił rodzinę i znajomych o pomoc, która finansowała jego utrzymanie. Z początku był to ojciec, później żona Jenny, a na końcu Engels. Tu złośliwie można wtrącić, iż jego ideologicznym następcom pozostała ta cecha – jakże często i dziś obserwuje się natchnionych socjalistów, którzy pochodzą z bogatych domów i posiadając spore zaplecze materialne nie muszą uczciwie i ciężko pracować na swe utrzymanie. Wolą natomiast oddawać się intelektualnej szarlatenerii, popadać w tanie moralizatorstwo, co chwila wynajdywać kolejne recepty na rozwiązanie wszystkich problemów tego świata.. Ale skoro ich ideowy ojciec wykazywał już takie cechy... Jak mawiał lord Acton „niewiele odkryć irytuje bardziej niż te, które ujawniają pochodzenie idei” i zapewne wielu może poczuć się urażonych, że można wytknąć Marksowi takie przyziemne przesłanki jego działalności. Majątek żony początkowo dawał im ok. 200 funtów dochodu rocznie, co stanowiło mniej więcej trzykrotność rocznego wynagrodzenia robotnika wykwalifikowanego. Jakkolwiek była to kwota, dzięki której można było spokojnie żyć, to Marks i to potrafił roztrwonić, wciąż pozostając w długach. Mimo takiego podejścia do życia zawsze potrafił znaleźć sobie jakiegoś żywiciela, niczym rasowa pijawka. Kiedy utrzymywał go Engels, Marks mógł sobie pozwolić nawet na tak „burżuazyjne” zachowanie jak trzymanie służby. Niezwykle ciekawym wątkiem jest antysemityzm Marksa. Jest on całkowicie pomijany przez jego admiratorów, a rzecz wymaga choćby skrótowego wyjaśnienia. Antysemityzm u człowieka z żydowskim pochodzeniem wydaje się czymś niezwykle dziwnym i trudnym do pojęcia. Kiedy jednak prześledzi się intelektualne ścieżki, którymi Marks podążął do potępienia wszelkiej działalności gospodarczej, dojdziemy do zaskakującego wniosku – w jego przekonaniu to Żydzi odpowiadają za zło kapitalizmu. Dlaczego? W racjonalistycznym pojmowaniu człowieka i społeczeństwa zło ma charakter właśnie społeczny, wynikający z określonych i danych warunków, w jakim społeczeństwo żyje. W celu naprawy społeczeństwa wystarczy usunąć przyczynę zła. U Marksa byli to Żydzi, a ściślej żydowscy kapitaliści. Nie od dziś wiadomo, że Żydzi od wieków wykazywali się znakomitą umiejętnością robienia interesów. Marks uważał, iż to Żydzi narzucili całemu światu swój stosunek do pieniądza i retorycznie pytał się w eseju „O kwestii żydowskiej”: „Jaki jest świecki kult Żyda? Handel. Jaki jest jego świecki bóg? Pieniądz”. Nie można nie przytoczyć tu jego innych słów, w których określał on sposoby ratunku przed takim podejściem: „Emancypacja od handlu i od pieniądza, a zatem od praktycznego, rzeczywistego żydostwa byłaby autoemancypacją naszych czasów”. Takich słów nie powstydziłby się naczelny ideolog NSDAP Alfred Rosenberg, a nawet sam Hitler. Marks z czasem – w latach 1844-1846 – niechęć i nienawiść do handlującego „żydostwa” przeniesie na burżuazję jako całość.

Marks-dziennikarz i „demokrata”

Bardzo często obrońcy Marksa, w odpowiedzi na zarzut jego „pasożytnictwa” podnoszą argument o jego pracy jako dziennikarza. Tak, był dziennikarzem w „Neue Rheinische Zeitung”, był także korespondentem politycznym „New York Daily Tribune”. Lecz i tu objawiło się żerowanie na Engelsie, gdyż z około 500 tekstów wysłanych do Nowego Jorku 125 było napisanych przez tego ostatniego, a które Marks przedstawił jako swoje.

Podczas pracy w gazecie u Marksa ujawniły się kolejne cechy charakteru, które w przyszłości dla jego intelektualnych naśladowców będą aż nadto charakterystyczne. Tu na pierwszy plan wybija się żądza władzy. Engels sposób funkcjonowania redakcji „Neue Rheinische Zeitung” określił jako „zwykłą dyktaturę Marksa”, a inny z jego współpracowników – Techov – ambicje Marksa skwitował krótko: „zdobycie władzy [jest] głównym celem jego wysiłków”. O demokracji parlamentarnej Marks miał też osobliwe zdanie, gdyż uważał brytyjskie wybory za „pijackie orgie”. Ambicje Marksa, jego narcyzm i zapatrzenie w siebie ujawniały się z całą mocą podczas dyskusji. Kończyły się one najczęściej awanturami i wyzwiskami, które Marks miotał na tych, którzy potrafili mu się sprzeciwić. W źródłach zachowała się anegdota o zachowaniu Marksa na zebraniu Związku Komunistów w Brukseli w marcu 1846 r. Otóż jednym z członków Związku był Wilhelm Weitling – robotnik-samouk, który cieszył się dość dużą popularnością wśród innych robotników. Na zebraniu został on gwałtownie zaatakowany przez Marksa zarzucającego mu, że uprawia agitację wśród robotników bez filozoficznego przygotowania. Weitling odparł krótko, iż wypowiada się w imieniu robotników i nie zamierza słuchać ludzi, którzy ani jednego dnia nie spędzili w fabryce i nie znają ciężkiej pracy. Odpowiedź Weitlinga rozjuszyła Marksa do tego stopnia, iż ponoć krzyczał i bił pięścią w stół. Tu znów wyszła na światło dzienne cecha, którą znaczna część intelektualistów posiada – przekonanie o własnej wyższości. Tacy jak Marks i jemu podobni ludzie, wypowiadający się rzekomo w imieniu ludzi skrzywdzonych, w głębi serca gardzą nimi, bo tak nakazuje im intelektualny snobizm. To łatwo można dostrzec choćby i na naszym podwórku – ileż to razy ludzie z „elity” III RP pogardliwie wyrażali się się o polskim społeczeństwie. Marks gardził robotnikami także. Po utworzeniu Międzynarodówki doprowadził do tego, że autentyczni robotnicy-socjaliści zostali pozbawieni wpływowych stanowisk. Marks nienawidził również każdego innego myśliciela z własnego środowiska, który miał czelność się z nim nie zgadzać. Spory pomiędzy nimi nie były jednak rozstrzygane przez poważną i merytoryczną dyskusję. Marks lubował się w wyzywaniu swoich oponentów. Lassalle'a nazywał na przykład „Ickiem” lub „żydowskim Negrem”. W liście do Engelsa Marks posunął się nawet do takich określeń pod adresem Lassalle'a: „Jest dla mnie teraz najzupełniej oczywiste, że pochodzi on – jak o tym świadczy kształt czaszki i typ uwłosienia – od Murzynów, którzy się przyłączyli do wymarszu Mojżesza z Egiptu (chyba że jego matka lub babka ze strony ojca sparzyły się z jakimś Negrem). Otóż takie połączenie żydostwa i niemieckości z murzyńskim podłożem musiało wydać osobliwy owoc”. Taktyka przenoszenia dyskusji na poziom emocji jest do dziś stosowana przez ideowych spadkobierców Marksa.

Marks-intelektualny szarlatan (Engels zresztą też)

Mówiąc o dziełach Marksa bardzo często pomija się sposób w jaki one powstały. Wszelkie dyskusje na temat np. „Kapitału”, najbardziej chyba znanego dzieła Marksa, nie poruszają kwestii doboru źródeł, na podstawie których książka ta powstała. Przeanalizowanie procesu powstawania „Kapitału” musi na końcu doprowadzić do postawienia pytania o jego wartość naukową i warsztat naukowy Marksa, który o sobie lubił mawiać, iż jest „maszyną skazaną na pochłanianie książek”. Był przywiązany do biurka w takim stopniu, że gdy pisał o sytuacji ekonomicznej tkaczy śląskich nie raczył pojechać na Śląsk i porozmawiać choćby z jednym z nich. Nie przestąpił nigdy progu fabryki, kopalni czy jakiegokolwiek zakładu przemysłowego, nie mówiąc już oczywiście o nawet jednodniowej pracy w takim miejscu. Pisał o ekonomii, nie potrafiąc samemu odpowiednio zarządzać swoim majątkiem, pisał o pracy w fabrykach i kopalniach, nigdy w nich nie będąc. Dla niego nie miało to jednak większego znaczenia. Karl Jaspers trafnie podsumował metodologię zastosowaną przez Marksa. Otóż pisał on, że „[...] Stylu pism Marksa nie kształtował badacz” i postawa Marksa to „postawa nie badacza, a dowodząca czegoś, co zostało ogłoszone jako prawda doskonała, z przekonaniem nie naukowca, a wyznawcy”. Marks opisując sytuację robotników korzystał tylko z pracy Engelsa „Położenie klasy robotniczej w Anglii”, która opierała się z kolei na przestarzałych danych. Engels, podobnie jak Marks, dobierał tylko te fakty, które mogły potwierdzić jego przypuszczenia, odrzucał zaś te, które ich nie umacniały. Na przykład opisując stan higieny w Edynburgu nie podał, że źródło z którego zaczerpnął wiedzę pochodziło z 1818 r. W 1958 r. dwóch uczonych - W. Henderson i W. Challoner – zbadało materiały źródłowe, z których Engels cytował w swej książce. Okazało się, że dane w momencie sięgnięcia po nie przez Engelsa były już nieaktualne od 5, 10, 20, a nawet 40 lat. Nie wydaje się, żeby Engels oraz Marks robili to nieświadomie. Był to zabieg jak najbardziej zamierzony, a poprzez rzekomą „naukowość” wywodu miało to uchodzić za rzeczy pewne. Pomijano rzeczy niewygodne dla głoszonych przez siebie tez – Engels korzystając z raportu Komisji do spraw Kontroli Fabryk z 1833 r., z którego zaczerpnął opis złych warunków pracy robotników, „zapomniał” dodać, że Komisja przyczyniła się do wprowadzenia ustawy w tymże samym roku, znacznie poprawiającej warunki pracy w fabrykach. W momencie kiedy Engels korzystał z tego raportu ustawa była już od dawna w mocy. Takich przekłamań Hendeson i Challoner znaleźli więcej. Wyliczyli nawet, że Engels tylko w jednym z rozdziałów swej pracy podawał błędne lub przeinaczone dane 23 razy. Marks natomiast wręcz fałszował zdania, które cytował. Sfałszował zdanie Williama Gladstone'a, ówczesnego kanclerza skarbu, pochodzące z jego mowy na temat budżetu. Oryginalne zdanie brzmiało: „Patrzyłbym niemal z niepokojem i bólem na ten upajający wzrost bogactwa i władzy, gdybym nie był przekonany, że nie ogranicza się on do klas, które są w dobrych warunkach”. Marks przerobił je tak, że brzmiało ono: „Ten zawrotny wzrost bogactwa i potęgi ogranicza się wyłącznie do klas posiadających”.

Nieuczciwość intelektualna Marksa i Engelsa każe głęboko się zastanowić nad „naukowością” ich poglądów. Teza o „krwiożerczym” kapitalizmie została wysnuta przy użyciu danych, które miały spełniać rolę służebną w stosunku do ideologii marksistowskiej. Co ciekawe, te jawne oszustwa intelektualne zostały zauważone już pod koniec XIX w., kiedy naukowcy z Cambridge, posługujący się francuskim wydaniem „Kapitału” wprost napisali, że cytaty były „wygodnie skracane przez pomijanie fragmentów, które mogłyby zaważyć niekorzystnie na wnioskach, jakie Marks próbował wyciągnąć”. Dane, które posłużyły Marksowi do udowodnienia „zła” kapitalizmu, pochodziły z małych, archaicznych i niedoinwestowanych firm z okresu przedkapitalistycznego – zakładów garncarskich, kowalskich, piekarni, wytwórni tapet, pracowni krawieckich itp. Złe warunki pracy i płacy brały się z braku kapitału, a nie jego nadmiaru. Poza tym tak naprawdę teoria marksistowska nie opisała nigdzie bliżej kluczowego dla niej pojęcia klasy, myląc je często z pojęciem stanu, który wywodzi się z porządku prawnego, a nie ekonomicznego. Skoro nie zdefiniowano w sposób naukowy „klasy”, to jak można mówić o jej „interesie”? Takich niedomówień i niedociągnięć jest więcej w ideologii marksistowskiej. Rozwiązaniu tych sprzeczności miał służyć polilogizm.

Marks-twórca polilogizmu

Dialektyka heglistowska, zastosowana przez Marksa, zawsze prowadzi do pokusy nadużywania jej przez tych chcących zdominować myśl przez arbitralne wywody. Marks, chcąc udowodnić „naukowo” swe tezy musiał w końcu uciec się do trików intelektualnych, ponieważ logika i nauka obaliły twierdzenia socjalistów utopijnych. Co zatem robi Marks? Weryfikuje swe zapatrywania? Szuka większej ilości źródeł, z których można czerpać wiedzę? Nie. Tworzy polilogizm – diabelsko przebiegłą sztuczkę umysłową, która każdemu, nawet najbardziej nonsensownemu twierdzeniu pozwala nadać kolorytu „naukowości”. Do połowy XIX stulecia umysłowa struktura logiczna była taka sama na całym świecie – niezmienna i jednolita dla wszystkich ludzi żyjących pod każdą szerokością geograficzną. W społeczeństwach znajdujących się na różnych etapach rozwoju i zamieszkujących odległe od siebie miejsca odróżnianie fundamentalnych pojęć logicznych, jak np. potwierdzenie i zaprzeczenie jest takie same. Marks i jego intelektualni potomkowie zakwestionowali po prostu logikę, aby udowodnić swe twierdzenia. Wystarczyło głosić, że myśl, a zatem i cała logika jest zdeterminowana pochodzeniem klasowym. Istnieje logika „burżuazyjna” i „robotnicza”. Następnym krokiem było uznanie przez marksistów, że logika umysłu nie ma na celu wykrywania obiektywnej prawdy, lecz służy produkcji „ideologii” wykorzystywanej przez klasy posiadające do trzymania proletariatu w ryzach. Dyskusja nie ma sensu, gdyż w ujęciu Marksa najważniejsze jest pochodzenie społeczne danego „ideologa”. Nie liczą się fakty, wystarczy zdemaskować „burżuazyjne” pochodzenie oponenta. Po co odpierać argumenty, skoro wystarczy kogoś arbitralnie uznać za „wyzyskiwacza”? W takim układzie nie ma miejsca na debatę nad istotą takiej czy innej teorii, lecz na pierwszy plan wysuwa się pochodzenie społeczne adwersarza. Co ciekawe marksiści swych teorii nie uznawali za ideologię, lecz za produkt logiki absolutnej, które jako takie są „prawdą absolutną”. Co więcej – Marks uważał, że nauka nie ma prawa badać istoty socjalizmu i nie ma prawa podawać konkretnych form socjalistycznego „raju”. Wynikało to z kilku przesłanek. Po pierwsze – próby opisywania przyszłego społeczeństwa musiałoby prowadzić do romantycznych i bynajmniej nie naukowych teorii. Po drugie – ludzie chcieliby poznać choćby w przybliżeniu datę nadejścia ery powszechnej szczęśliwości. Podanie daty przez Marksa skończyłoby się jego kompromitacją, gdyby po jej nadejściu kapitalizm wciąż byłby zdolny do działania, a socjalizm pozostawał nadal mrzonką. Zamiast tego należało głosić nieuchronne nadejście rewolucyjnego przewrotu, z którego wyłoni się nowy porządek. Po raz kolejny widać, że marksizm, świadomie lub nie, stawiał siebie w roli quasi-religijnego dogmatu, podając nieweryfikowalne tezy. Trafnie zauważył to Ludwig von Mises, pisząc że „filozoficzna antropocentryczna metafizyka rozwoju w istocie pod każdym względem przypomina metafizykę religijną”. Mises rozwinął tę myśl, kiedy dokonał fascynującego porównania marksizmu z islamem. Otóż islam, podobnie jak marksizm, „poprowadził synów pustyni do obalenia starych cywilizacji w imię zniszczenia złej ideologii, a ich odwagę przez tępy fatalizm uczynił nieugiętą”. Opisany tu w dużym skrócie polilogizm jest groźną bronią marksistów, wykorzystywaną do dziś. Zwalnia on całkowicie od wysiłku umysłowego potrzebnego do udowodnienia swych racji – wystarczy tylko wskazać „niewłaściwe” pochodzenie przeciwnika aby odrzucić w całości jego argumentację. Na marginesie można dodać, że polilogizm z powodzeniem zastosowali także narodowi socjaliści. U nich do zdyskredytowania przeciwnika służyło „niewłaściwe” pochodzenie rasowe. Znów za Mises'em możemy powtórzyć, że polilogizm jest „postawą ograniczonych umysłowo fanatyków, którzy nie wyobrażają sobie, iż ktoś mógłby być bardziej racjonalny lub bystry niż oni sami”. Marks z Engelsem nigdy nie próbowali bronić swych poglądów w rzeczowej i logicznej dyskusji. Jak wspomniano wyżej – zawsze wyzywali i obrażali swoich przeciwników.

Marks i Engels-prorocy rewolucyjnego Holokaustu

Zwolennicy lewicy, tak ochoczo przypisujący tzw. „rasizm” osobom wyznającym szeroko rozumiane poglądy prawicowe, zapominają co Marks i Engels pisał o niektórych narodach, które nie dostosują się do „postępu”. Ich słowa mogłyby uchodzić za wyraz wręcz nienawiści rasowej, bo cóż można powiedzieć o sformułowaniach, pochodzących z tekstu Engelsa „Der magyarische Kampf” z lutego 1849 r., który zamieszczony był w „Neue Rheinische Zeitung” Marksa. Rzeczony fragment, budzący ciarki, brzmiał tak: „Niektóre narody są nosicielami postępu, inne nie. Ponieważ są one kontrrewolucyjne muszą przepaść w rewolucyjnej masakrze, która nastąpi niebawem. Socjalistyczna rewolucja pozostawi niektóre ludy tak daleko w tyle za awangardą postępu, że nigdy nie będą w stanie jej dogonić. Skoro nie rozwinęły one kapitalizmu w kapitalistycznej erze, socjalizm wyprzedzi je na tyle, że będą bezpowrotnie stracone. Stanowią one Volkerabfall, rasowe odpadki i przeznaczeniem ich jest zniknąć z powierzchni ziemi wraz z nastaniem nowego socjalistycznego porządku. Ludobójstwo jest w takim rozumieniu postępowe”. Taki los miał spotkać m.in. szkockich górali (wg marksistów byli przesiąknięci feudalizmem), Bretończyków (kontrrewolucjoniści w okresie rewolucji francuskiej) oraz Basków (poparli „reakcjonistów” w walce o tron hiszpański). Dlaczego lubójstwo jest nieodzowne? Odpowiedź pada w tym samym tekście: „Jeżeli rasowe odpadki nie zostaną bezwzględnie eksterminowane, bądź nie utracą swojej odrębności narodowej, to tak samo jak teraz, również w przyszłości zostaną najbardziej fanatycznymi nośnikami kontrrewolucji, a to dlatego, że całe ich istnienie jest niczym więcej, niż protestem przeciwko wielkiej historycznej rewolucji”. Narody słowiańskie, takie jak Czesi czy Serbowie w ujęciu Marksa i Engelsa nie zasługują również na istnienie. Jedynie Polaków Marks i Engels zaliczał do „rewolucyjnych”. I w tym właśnie należy dopatrywać ich „polonofilstwa”. Zwolennicy Marksa często podnoszą argument o szczególnym uwielbieniu przez niego Polaków. Nie wynikało to wcale ze szczególnego sentymentalizmu Marksa względem nas, lecz z obserwacji walki Polaków o wolność. Niektórzy polscy działacze krajowi i emigracyjni działali wszak pod hasłami radykalizmu społecznego, lecz reprezentowali oni tylko poglądy części polskiego społeczeństwa. Marks z Engelsem posłużyli się uogólnieniami w taki sposób, że cały naród polski uznali za „rewolucyjny” en bloc, mając nadzieję, że polskie powstania doprowadzą do wojny w Europie, która z kolei skończy się rewolucją zmiatającą „stary świat”. Potwierdzeniem tego niech będzie cytat z listu Engelsa do Marksa, w którym pisał on, że „Im więcej rozmyślam nad historią, tym jaśniej widzę, że Polacy są une nation foutue [narodem skazanym na zagładę], którym można tylko dopóty posługiwać się jako narzędziem, dopóki sama Rosja nie zostanie wciągnięta w wir rewolucji agrarnej. Od tej chwili Polska nie będzie już miała absolutnie żadnej raison d’ètre [racji bytu]. Tezy o ludobójstwie narodów zbyt mało „postępowych” były w kolejnych latach twórczo rozwijane i wcielane w życie – wystarczy wspomnieć eugenikę i hitlerowskie programy likwidacji osób chorych psychicznie oraz niepełnosprawnych, a i dziś niektórzy pod pozorem tzw. „praw człowieka” chcieliby abortować chore dzieci, nadal epatując hasłem „postępu”. Hitler w rozmowie z Hermanem Rauschningiem przyznawał „Nauczyłem się wiele z marksizmu, czego nie waham się przyznać. Różnica polega na tym, że ja rzeczywiście wprowadziłem w życie to wszystko, o czym ci kramarze i gryzipiórki nieśmiało napomykali. Cały narodowy socjalizm opiera się na tym, na przemyśleniach Marksa i Engelsa. Przede wszystkim interesująca jest ich koncepcja rozwiązania kwestii Volkerabfall. Tak, rasowe odpadki muszą zniknąć”. Wciąż należy pamiętać, że „rozgrzeszenia” takim działaniom udzielili Marks z Engelsem już w połowie XIX wieku.

Dlaczego niektórzy wciąż chorują na Marksa?

Marksizm, mimo śmierci jego autora w 1883 r. wciąż oddziaływuje na różne społeczeństwa, przyjmując coraz to nowe postaci. Dlaczego po doświadczeniach dwóch systemów totalitarnych, opartych na schematach myślowych stworzonych przez Marksa, wciąż ta ideologia jawi się niektórym jako niezwykle jasna, a przez to skuteczna droga do eliminacji różnie pojętego „zła”, występującego w społeczeństwie? Pytanie to mogłoby posłużyć za temat obszernej pracy magisterskiej lub doktorskiej, tym niemniej należy choćby w drobnym stopniu spróbować udzielić na nie odpowiedzi. George Orwell powiedział kiedyś, że „niektóre idee są tak dziwaczne, że tylko intelektualiści mogli w nie wierzyć” i to zdanie wciąż znajduje potwierdzenie w otaczającej nas rzeczywistości. Intelektualiści stanowią swoistą grupę ludzi, która ma swoje zalety, jak i wady. Nie są wolni od przyziemnych pragnień, choć w oczach świata bardzo chcieliby uchodzić za ludzi będących ponad tym. Swoista autoreklama ma przedstawiać intelektualistów przejętych losem ludzkości, kierujących się przesłankami humanizmu i empatii. Intelektualiści, jako ludzie wykształceni i wrażliwi są niezwykle wyczuleni na zło. I chyba nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że zło postrzegają oni nie jako immannentną cechę ludzkiej osobowości związaną z kondycją duchową każdego człowieka, lecz jako coś, co człowiek może usunąć własnymi siłami. Takie przekonanie jest pokłosiem epoki oświeceniowej, w której nastąpiło zeświecczenie historii, a chrześcijańskie rozumienie świata zostało odrzucone jako niezgodne z rozumem. Symbole chrześcijańskie odczytane poprzez racjonalizm stały się „irracjonalne”. W XVIII i XIX stuleciu nastąpiła ich podmiana. W ten sposób na przykład koncepcja Odkupienia stała się ideą „postępu”. Intelektualiści, którzy sami sobie przyznali rolę przewodnią ludzkości, stali się tym samym nową kastą kapłanów, walczących ze „złem”. Począwszy od Woltera i Rousseau zło jednakże miało charakter „społeczny”, a zatem skoro społeczeństwo generuje „zło”, to to samo społeczeństwo może je usunąć. Zaczęto usilnie poszukiwać pomysłów na eliminację „zła”, przy czym zło było definiowane na różne sposoby. Rewolucja francuska z jej terrorem i pierwszym historycznie zaplanowanym i wykonanym ludobójstwem w Wandei była pierwszą próbą budowy „nowego świata” i stała się matrycą, na której wzorowali się wszyscy późniejsi rewolucjoniści. O ile niektóre recepty – choćby socjalistów utopijnych – nauka i rzeczywistość obaliły dość szybko, to koncepcje marksistowskie okazały się niezwykle modalne poprzez swe schematy myślowe. Stanowiły one coś w rodzaju „objawienia” dla szeregu intelektualistów, którzy bezkrytycznie je przyjęli. Jak zauważył Paul Johnson „[...] uczonych fascynuje siła, a utożsamianie marksizmu z olbrzymią potęgą fizyczną skłaniało wielu wykładowców do włączenia marksistowskiej »nauki« do swych własnych dyscyplin, zwłaszcza tak nieścisłych lub niby-ścisłych, jak ekonomia polityczna, socjologia, historia i geografia”. Ta siła miała dać władzę intelektualistom, którzy mogliby podjąć dzieło świeckiego zbawienia ludzkości. I chyba to jest klucz do zrozumienia dużej popularności marksizmu i dziś wśród pewnych kręgów akademickich. Możliwość naprawy świata jest tak kuszącą perspektywą, że nieistotne stają się koszty takich pomysłów. Roland Baader w swej książce „Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą świat” trafnie zdiagnozował mentalność intelektualisów pisząc, że „sukces marksizmu – wraz z milionami ofiar – należy przypisać nie tyle samemu Marksowi, ile raczej marksistowskiemu usposobieniu intelektualistów wszystkich krajów oraz »poręczności« haseł Marksa dla żądnych władzy elit politycznych”. W takim podejściu należy też dopatrywać się ziarna totalitaryzmu. Aby móc totalnie zmienić społeczeństwo potrzebna jest totalna władza. Dlatego intelektualiści marksistowscy nienawidzą wszelkiego indywidualizmu i chrześcijaństwa z jego personalistyczną koncepcją człowieka. Nie ma „człowieka” - jest jakaś „ludzkość”. Marksizm sankcjonował i usprawiedliwiał wszelkie ofiary związane z przekształceniem świata w „raj na Ziemi”. Jak pisał Eric Voegelin w swym dziele „Od Oświecenia do rewolucji” "na poziomie idei Marks chciał uratować i zabezpieczyć godność człowieka, na poziomie działania mógł sobie pozwolić wobec niego na pogardę". Ta pogarda jest cechą wrodzoną marksizmu, wiążąc się jednocześnie z silnym resentymentem w stosunku do bogatszych lub każdego innego, kogo można uznać za sprawcę „społecznego zła”.

Dziś mamy do czynienia z silną ofensywą najnowszej postaci marksizmu – marksizmu kulturowego. Niezwykła podatność na mutacje ideologiczne umożliwiła powstanie tej nowej odmiany choroby marksisitowskiej, która po bankructwie realnego socjalizmu wydawała się pogrzebana. Podmiana pojęć w zwyczajowych schematach myślowych marksizmu doprowadziła do tego, że dziś zamiast „kapitalisty-wyzyskiwacza” mamy „białego konserwatystę”, zamiast uciskanego „proletariatu” mamy różne mniejszości czy tzw. uchodźców. Jedynie „zbawcy” pozostali ci sami – są to marksiści kulturowi, którzy zaciekle walczą z „opresyjną” kulturą, bo to ona jest dla nich przyczyną „społecznego zła”. Tradycyjne wartości, budowane przez cały okres istnienia naszej cywilizacji są przez nich niszczone. Marksizm kulturowy, zwłaszcza od maja 1968 r. prowadzi permanentną rewolucję. Nie rozgrywa się ona wszakże na barykadach (choć niekiedy też możemy i to zaobserwować na zachodzie Europy), lecz w głowach ludzi. Opanowanie szkolnictwa i sztuki współczesnej przez marksizm kulturowy poczyniło ogromne szkody. Jednym z efektów tej rewolucji jest kolejna fala dechrystianizacji Zachodu, co w obliczu zalewu islamu wróży cywilizacyjną katastrofę. To oczywiście tylko jeden z elementów – można jeszcze wspomnieć o odpowiedzialności marksistów kulturowych za pojęcie „poprawności politycznej”, która jest w istocie nowoczesną formą cenzury, będącej wszak wyróżnikiem systemów totalitarnych. Atomizacja społeczeństwa, pozbawianego przez uczniów Gramsciego, Adorno, Horkheimera, Marcuse'a i innych marksistów kulturowych tradycyjnych spoiw, przybrała zatrważającą skalę. Mamy to szczęście, że w Polsce wpływ takich poglądów jest nikły. Jednak istnieją takie środki, które usilnie pracują nad tym, żeby zgubne dla cywilizacji łacińskiej postawy i zachowania przenieść nad Wisłę. I to właśnie kręgi tam skupione oburzyły się tak bardzo na nową kolekcję Red is Bad, kpiącą z Marksa i jego „dzieł”.

Daniel Sieczkowski

x Instagram

Red is Bad. Dołącz dziś do naszego Newslettera

Zgarnij 15 zł i nową smycz Red is Bad.

Znajdź nas